Światełko czołówki oświetlało drogę przed rowerem. Jechałam z lekka zmarznięta i bardzo zmęczona, to była sama końcówka. Do mety w Kujankach został nam kilometr. Z prawej strony niebo jeszcze mamiło resztkami kolorów zachodzącego słońca, ale dzień miał się ku końcowi.
W zapadającym zmroku, zobaczyłam pędzące przez pole stado... no właśnie, nie wiedziałam czego. Było już za ciemno, żeby ocenić wielkość zwierząt czy odległość od nas, ale było ich dużo, bardzo dużo. Przez chwilę widziałam je pędzące przez pole, zanim błyskawicznie zniknęły w lesie z naszej prawej strony.
- Tibor, widziałeś? Co to było? Dziki?
Pedałowałam dalej. Drzewa z prawej strony ożyły. Do naszych uszu dobiegał odgłos łamanych gałęzi i hałas uschniętych liści poruszanych kończynami pędzącego stada.
W ułamku sekundy zrozumiałam, że pytaniem nie jest czy, ale w którym miejscu zwierzęta za moment przetną szosę. Fragment lasu do którego wbiegły był mały. Po drugiej stronie drogi zaczynały się duże tereny leśne, do którego stado chciało się dostać.
Zwolniliśmy oboje. A co jeśli wypadną prosto na nas? Czy staniemy się bohaterami nagłówków w gazetach "Dwójka rowerzystów stratowana kilometr od mety rajdu przygodowego"?
Wiecie, wierzę, że wszystko dzieje się po coś. Cały ten dzień, wszystkie nasze decyzje, wszystkie błędy, kryzysy, wszystko co działo się z nami podczas kilkunastu godzin rajdu, prowadziło nas do tego miejsca i tego punktu w czasoprzestrzeni.
Z otwartymi ustami, stojąc na środku puściutkiej szosy, obserwowaliśmy w odległości może dziesięciu metrów, stado piętnastu czy dwudziestu jeleni, które z gracją przeskakują przez drogę i znikają
w ciemnym lesie.
***
Rajd przygodowy... Ostatni raz braliśmy w nim z mężem udział 7 lat temu. Tyle czasu minęło również od naszego pierwszego spotkania z Krajną. Nie rywalizowaliśmy wtedy na pełen gwizdek - bo szykowaliśmy się do innego, dłuższego rajdu - ale z okolic Złotowa mam masę miłych wspomnień.
Gdy w social mediach zobaczyliśmy informację, że po paru latach przerwy Krajna AR wraca z dziesiątą, jubileuszową edycją, nie trzeba było nas długo namawiać. Team No risk - No fun znów szykował się do akcji!
Schemat rajdu przedstawiał się następująco: najpierw bieg po lasach w okolicach Kujanek, (około 12 kilometrów), potem zadanie specjalne (rzut rzutką ratowniczą), następnie przesiadka na kajaki, 10 kilometrów machania wiosłami i szukania punktów na obu brzegach jeziora. Po kajakach króciutki truchcik do strefy zmian, gdzie zespoły przesiadały się na rower. Po mniej więcej 20 kilometrach kręcenia czekała kolejna strefa zmian i kolejny bieg na orientację (7,5 km), zakończony zadaniem specjalnym (disc golf). I ostatni etap, znów rowerowy, około 35 kilometrowy.
![]() |
Schemat naszej trasy, AR 80 |
Oczywiście liczba kilometrów była umowna, Licznik na koniec pokaże zakładane 80-90 kilometrów, o ile nic nie spieprzyło się w nawigacji i wybrało najbardziej optymalną trasę. A praktyka często pokazuje, że może być różnie ;)
Do Kujanek niedaleko Złotowa, gdzie znajdowało się biuro zawodów i meta rajdu, przyjechaliśmy w piątek w nocy. Nie mieliśmy noclegu, spaliśmy w aucie, próbując nie zrzucić sobie na głowy rowerów. Raniutko odebraliśmy pakiety startowe i zaczęliśmy szykować się: wrzucać rzeczy do pudeł, które będą nam potrzebne w strefach zmian, pakować plecaki, przypinać numery startowe, napełniać bukłaki piciem....
No, właśnie... I wtedy właśnie odkryłam, że mój bukłak przecieka. Nie miałam żadnych bidonów. Zostaliśmy z jednym 2 litrowym bukłakiem, który miał Tibor i kartonem soku, który załadowaliśmy
na drugi przepak.
Równo o 8.30 ruszyliśmy wraz z innymi zespołami na pierwszy etap, biegowy. 12 kilometrów, dziewięć punktów do znalezienia. Cały czas biegliśmy. Dziękuję ci, Falenico! To dzięki tej cholernej wydmie, podbiegałam teraz pod każdą górkę.
![]() |
Przy punkcie. To pomarańczowe na palcu to chip, który trzeba przytknąć do elektronicznej stacji (tu w kolorze niebieskim) przy lampionie. |
![]() |
Chodzenie po bagnach wciąga :) Tiborowi wciągnęło buta - ale go odzyskał. |
Etap kończył się nad brzegiem jeziora Borówno, gdzie mieliśmy przesiąść się na kajaki. Przedtem jednak czekało nas zadanie specjalne, rzucanie rzutką ratowniczą.
Trzeba było ją przerzucić nad rozciągniętymi dwoma linami. Niby nic trudnego. ale jednak diabeł tkwił w szczegółach. Dodatkowo trzeba było mieć trochę szczęścia, do której rzutki ustawiło się w kolejce. Jeśli zespół przed tobą miał dobrą rękę - można było szybciutko uporać się z zadaniem. Jeśli ludkowie przed tobą potrzebowali więcej czasu na zaliczenie zadania specjalnego, cóż - ty również czekałeś.
My trafiliśmy na opcję nr 2. Dodatkowo ja miałam początkowo problem z dorzuceniem rzutki. W końcu jednak mogliśmy rozpocząć etap kajakowy.
Przed startem miałam w planach, że na kajak założę rękawiczki. Nie pytajcie, czemu ostatecznie tego nie zrobiłam.
Jezioro Borówno jest prześliczne! Otoczone lasami, dzikie, malownicze, z urozmaiconą linią brzegową - bardzo mnie zauroczyło. Nie mieliśmy jednak czasu na podziwianie widoków - trzeba było wiosłować i szukać kolejnych punktów. A to okazało się nie taką łatwą sprawą. Po pierwsze dość mocno wiało,
a dodatkowo co chwila przychodziły jeszcze małe szkwaliki. Trzeba było być czujnym, bo wiatr i fale przeszkadzały w płynięciu w ustalonym kierunku. Niezależnie od tego, sprzęt, który przypadł nam w udziale, był jakiś przekoszony i non stop kolor skręcał w lewo. To była najtrudniejsze dla nas na tym etapie. Były momenty, że oboje wiosłowaliśmy tylko z lewej strony, żeby zmusić kajak do płynięcia
w dobrą stronę - i była to i tak niemalże syzyfowa praca.
![]() |
Tak, przy takim lampionie trzeba było stanąć w kajaku, żeby dosięgnąć do stacji |
![]() |
Ha, ha - widać jaka jestem szczęśliwa :) |
Po przepłynięciu około 9 kilometrów, zakończyliśmy kajaki.. Na brzeg wyszłam ubłocona, przemoczona (dwa razy wskakiwałam do wody - bo tak było szybciej dotrzeć na brzeg podbić punkt. Urokliwość brzegów, zatoczki, zwalone drzewa, oznaczało również utrudnione manewrowanie kajakiem).
Oraz bez skóry na wewnętrznej stronie kciuków... Trzeba było jednak założyć te rękawiczki...
Etap kajakowy kończył się w miejscu startu. Stamtąd musieliśmy potruchtać kilkaset metrów do strefy zmian i przesiąść się na rower.
Rower... Etapy rowerowe były dwa, przedzielone krótkim BnO. Na pierwszym etapie nie było najgorzej - nie byłam jeszcze mocno zmęczona, jechaliśmy głównie z wiatrem. Ten dawał się we znaki nie tylko na jeziorze. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że rower będzie najsłabszą częścią naszego,
czy raczej mojego występu.
Po 15 kilometrach dojechaliśmy na obrzeża Złotowa, do Parku Zwierzyniec. Tam mogliśmy ciutkę odpocząć od pedałowania. Czekało nas szlajanie się po lesie i krzakach oraz kolejne zdanie specjalne, disc golf.
O ile pierwszy etap biegowy wciągnęłam nosem, to tu nagle i nieoczekiwanie moje nogi ogłosiły bunt. Miałam je jak z betonu. Owszem, truchtałam cały czas, ale szło mi o wiele wolniej niż bym chciała. Byłam z lekka sfrustrowana i zła na Tibora, który pruł do przodu, często nie patrząc się na mnie. Żadnych korzyści i tak z tego nie miał. Chip potwierdzający zameldowanie się na punkcie miałam ja.
Często zamiast trzymać się ścieżek, szybciej było pobiec na skróty. Mojemu samopoczuciu mentalnemu to nie pomagało. Podłoże było bardzo miękkie, pokryte grubą warstwą zeschłych liści i biegło się po tym kijowo. Cała energia z odbicia szła w te liście. Wkurzające.
Tibor w którymś momencie zaczął mówić, że źle wybrał kolejność zbierania punktów (była dowolna, ale ponieważ na zadanie specjalne można było przybiec dopiero po znalezieniu wszystkich, trzeba było ułożyć sobie trasę w przemyślany sposób). Nie byłam w stanie tego zweryfikować. Miałam mapę w ręku, ale nie miałam szansy na nią zerkać, bo, tak jak pisałam, mój mąż miał fazę zapierdzielu i jak tylko docierałam do lampionu, on pędził już dalej. Potem na szczęście trochę mu przeszło ;)
![]() |
Jak się przyjrzycie, to widać moje urocze dziury na kciukach - pamiątka po etapie kajakowym. |
Disc golf był bardzo wdzięcznym i sympatycznym zadaniem. Wiecie co to jest? Trzeba dorzucić frisbee w jak najmniejszej liczbie rzutów do takiego specjalnego kosza.
Potem już tylko truchcik z powrotem do rowerów i ostatni etap, podobno około 35 kilometrowy.
Taaa...
Przede wszystkim okazało się, że teraz jedziemy głównie pod wiatr. I to jaki! Najgorsze były porywy - bo te prawie zatrzymywały mnie w miejscu. Były momenty, gdzie do wiatru dokładało się nachylenie. Jechałam wtedy tak wolno, że Tibor po prostu pchał mnie. Upokarzające z lekka, ale znosiłam to z godnością :)
A potem podjęliśmy decyzję, której teraz, z perspektywy czasu zupełnie nie rozumiemy.
Na jeden punkt można było dotrzeć krótszą drogą, ale najprawdopodobniej przez jakieś bagniste tereny, być może trzeba było szukać drogi przez cieki wodne. Albo wybrać wariant naokoło, ale szosą.
Wybraliśmy szosę.
Być może miałoby to mniejsze znaczenie gdyby nie wiało, albo gdybyśmy jechali z wiatrem. Ale tak nie było. To była droga przez mękę. Moje totalne zaniedbanie treningów rowerowych właśnie się mściło.
Doszedł jeszcze drugi aspekt - i musimy go sobie wbić w głowę.
Budowniczy trasy zawsze ma jakąś wizję, zamysł. Ma koncepcję na najlepszy najazd na punkt. Wtedy znalezienie go jest łatwiejsze, bardziej intuicyjne. Gdy podjeżdża się z "dupy strony", łatwiej o pomyłki, już nie mówiąc o niepotrzebnym nadkładaniu kilometrów. Niby wiemy z innych startów w przeszłości, że tak to wygląda. Ale na zmęczeniu, w emocjach człowiek czasem podejmuje idiotyczne decyzje. Tak też było i teraz. Jadąc naokoło, zaczęliśmy ostatecznie szukać lampionu o jeden pagórek za daleko.
W końcu odnaleźliśmy się - ale takie pomyłki to czas, czas! A my i tak płaciliśmy frycowe za wybór wariantu szosą.
Dalej niestety nie było łatwiej, bo wbrew pocieszeniom fotografa, którego spotkaliśmy, wcale nie jechaliśmy z wiatrem.
Prawie do samego końca jazda na rowerze była dla mnie sztuką cierpienia. Do walki z wiatrem dochodził jeszcze coraz bardziej bolący tyłek, nieprzyzwyczajony do siedzenia na siodełku przez tyle godzin.
![]() |
Co się nie najeździmy - to się nawyglądamy :) |
O ile na początku widzieliśmy i tasowaliśmy się z większą liczbą zespołów, tak po wybraniu tego nieszczęsnego wariantu, pozostałą część trasy jechaliśmy prawie przez cały czas sami. Od czasu do czasu mijaliśmy się z dwoma zespołami. Nie wiedziałam, czy ta samotność oznacza, że jesteśmy na szarym końcu, czy ten drugi etap rowerowy tak porozstrzelał zespoły w terenie.
Chciałam tylko jednego: dotrzeć do mety przed zachodem słońca. Patrząc na zegarek i ile nam jeszcze zostało jazdy, mieliśmy szansę wyrobić się na styk.
![]() |
Uśmiech też się zdarzał :) |
Przed startem podjęliśmy decyzję, że mapą zajmuje się jedna osoba, mój mąż. Ja byłam odpowiedzialna za wyszukanie punktu w terenie i podbijanie go. Nie miałam mapnika, nie miałam na rowerze mapy przed nosem. Im bardziej byłam zmęczona, tym bardziej mi jej brakowało. Nie mogłam umiejscowić się w przestrzeni, czułam się chwilami, jakbym jechała w bańce, pustce bez końca.
Nie chciałam się wtrącać w nawigowanie (najgorzej jak w zespole każdy chce nawigować i każdy ma inną koncepcję), chciałam wiedzieć na co zwrócić uwagę w terenie, albo kiedy będziemy gdzieś skręcać. Małżonek niby przekazywał wskazówki, ale często nie wszystkie, albo zmęczony po prostu jechał w milczeniu i w ostatniej chwili dawał znać, że mamy podjąć jakieś działanie.
![]() |
Czasem najbardziej optymalna droga wyglądała tak :) |
Szukając ostatniego punktu miałam wypatrywać leśnej drogi odchodzącej w bok. Droga się pojawiła - więc skręciliśmy. A tam lampionu ani widu, ani słychu. Wygląd okolicy również nie zgadzał się z opisem. I wtedy dopiero, słuchając głośnych rozmyślań męża i zerkając na mapę, zorientowałam się, że drogi były dwie. Ta właściwa skręcała w las pod innym kątem. Tibor, też zmęczony, po pierwsze
nie przekazał mi informacji o dwóch drogach w bliskiej od siebie odległości, a po drugie, bez mrugnięcia okiem skręcił w niewłaściwą.
Trzeba było zmobilizować organizm do jeszcze ociupinki wysiłku, bo już, już witaliśmy się z gąską i myślami byliśmy na ostatniej prostej do mety.
Skręt we właściwą drogę przyniósł kolejną niespodziankę. W miejscu, gdzie ewidentnie powinien wisieć lampion, nie było go. Zostaliśmy niby o tym poinformowani przez inny zespół, ale postanowiliśmy sami sprawdzić informację, że "nie znaleźli punktu".
A potem było jak w bajce. Im bardziej Puchatek zaglądał tym bardziej Prosiaczka nie było ;)
A dodatkowo robiło się coraz ciemniej.
W końcu poszliśmy po rozum do głowy i zadzwoniliśmy do organizatora. Tam uzyskaliśmy informację, że lampion został najprawdopodobniej skradziony, mamy nie szukać go, tylko jechać na metę.
![]() |
Punkt był, ale się zmył. Najprawdopodobniej na tym słupku powinien wisieć lampion. |
Już w prawie totalnej ciemności wyjechaliśmy z lasu i ruszyliśmy szosą do Kujanek, do mety.
O spotkaniu z jeleniami już wiecie :)
Nie udało nam się dotrzeć do mety przed zachodem słońca, głównie dzięki pomyłce na koniec i bezowocnym poszukiwaniom ostatniego punktu. A może raczej dzięki wcześniejszemu pojechaniu naokoło szosą do nieszczęsnego punktu nr 41.
![]() |
Teraz do mety |
Ostatecznie dotarcie na metę zajęło nam 10 godzin i 25 minut. Znaleźliśmy wszystkie punkty (minus ten ukradziony. Organizator uwzględnił ten incydent u wszystkich zespołów w klasyfikacji.).
To pozwoliło nam zająć 13 miejsce na 31 zespołów.
Kilometrów wyszło nam aż 115, zamiast planowanych 80-90. Głównie dzięki drugiemu etapowi rowerowemu. Zamiast przewidzianych przez organizatora 35 kilometrów, nakręciliśmy ich ponad 62. Bez komentarza proszę ;)
***
Podsumowanie? Uwielbiam rajdy przygodowe. Nie ma na nich nudy, zawsze coś się dzieje.
Są nieprzewidywalne, oferują nieoczekiwane zwroty akcji. Trzeba być przygotowanym na wychodzenie poza swoją strefę komfortu. Trzeba być gotowym na obtarcia, mokre ciuchy, wiatr.
Przez kilkanaście godzin pogoda może odwinąć się w każdą stronę.
Okolice Złotowa są przepiękne. Lasy, jeziora, rzeka Łobżonka, którą znamy z edycji sprzed kilku lat. Te tereny są warte poznania nie tylko na rajdach AR, ale po prostu w trakcie urlopu z rodziną.
Park Zwierzyniec, w którym przebiegał drugi bieg na orientację, zauroczył nas: ścieżki rowerowe, single tracki, stałe punkty do zabaw w biegi na orientację, stacje disc golf - i pewnie jeszcze parę innych atrakcji, których nie zauważyliśmy.
Część wniosków wysnułam już wcześniej. Nauczka na przyszłość: nie kombinować, nie nadkładać niepotrzebnie kilometrów, jeśli narzuca się krótszy wariant. A przede wszystkim zapamiętać: jeśli większą część trasy stanowi rower, należy w przygotowaniach poświęcić mu choć trochę uwagi.
A co do tego ostatniego, wiecie co jest najśmieszniejsze? Dokładnie takie same wnioski miałam
po Krajnie w 2018 roku :))
Do poczytania dla chętnych:
http://www.matkabiega.pl/2018/04/krajna-ar.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz